czwartek, 6 sierpnia 2020

Zajęcia z archeologii ekstremalnej: "Mur duchów" S. Moss


Jak ktoś się kimś przejmuje na tyle, żeby go skrzywdzić,
to znaczy, że go kocha.
Że się poświęca.

Sarah Moss, Mur duchów, przeł. P. Surniak, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2020.


Sierpień zaczęłam dość ekstremalnym czytaniem: ostatnio udaje mi się pochłonąć średnio jedną książkę dziennie, choć przyznaję, że są to raczej krótsze publikacje – na opasłe tomiszcza przyjdzie jeszcze odpowiednia pora. Wśród tych treściwych powieści znalazła się jedna wyjątkowo skondensowana, bo licząca około 160 stron. Mało? Owszem i od razu rodzi się pytanie: Czy więcej znaczy lepiej, a może mniej zrówna się dosadniej? Zawsze obawiam się takich niewielkich objętościowo historii, bo wydaje mi się, że pewne wątki wymuszają wręcz dogłębnej prezentacji... I, co przyznaję niejako z uśmiechem, często zdarza mi się mylić, bo czasem nie trzeba podawać wszystkiego na tacy, a innym razem pewne sprawy warto jest przemilczeć, by pozostawić czytelnikowi tajemniczą furtkę, którą sam musi zdecydować się uchylić. 

Mur duchów autorstwa Sarah Moss to jedna z tych krótkich opowieści, które zdecydowanie straciły na oszczędnej formie. Autorka podała nam tyle, ile wystarczyło, by liznąć klimat, uchylając jednak wiele sekretnych furtek, zachęcając przy tym do penetrowania tematu – ten jest z kolei wart dokładniejszego omówienia.

Zajęcia z archeologii ekstremalnej


Nieopodal wrzosowisk, gdzieś na polanie rozbito specjalny, wyjątkowy obóz ekstremalny, którego mieszańcy starają się żyć tak, jak żyli ich przodkowie w epoce żelaza – wraz z zachowaniem wszelkich konwenansów. Przewodniczy tej grupie kierowca autobusu, który miłuje archeologię, a każdą wolną chwilę poświęca survivalowi. Wśród "użytkowników" znajdzie się też jego siedemnastoletnia córka oraz żona. Całe to przedsięwzięcie jest wynikiem współpracy z pewnym profesorem i jego studentami.
Osadnicy oddają się pracom właściwym dla płci i statusu: kobiety nie mają tu raczej dobrego życia, natomiast mężczyźni – panowie i władcy – oddają się zajęciom typowym dla samców alfa, nie ułatwiając przy tym życia płci pięknej. Prym w tym dowodzeniu wiedzie ojciec dziewczyny, który nie znosi żadnego sprzeciwu, nie uznaje ustępstw, nie bierze pod uwagi nieposłuszeństwa. Przekłada pasję, niespełnione ambicje i możliwość pokazania swojej wiedzy nad dobro rodziny, która jest od niego całkowicie zależna.

Przemoc fizyczna i psychiczna


Książka porusza bardzo ważną i wciąż – niestety! – aktualną tematykę, wprowadzając nas w zawiłą i duszną atmosferę. Autorka w wyjątkowy sposób (o narracji za moment) opisuje relacje członków rodziny, w której na porządku dziennym są przemoc psychiczna i fizyczna. Odgrywanie ról prehistorycznych zbieraczy schodzi zatem na dalszy plan, choć to właśnie ono zajmuje najobszerniejszą część tej opowieści. 

Pierwotne instynkty, realne potrzeby i szalone pomysły przykuwają uwagę czytelnika, a bogate opisy wrzosowisk i wypraw (poszukiwanie pożywienia) niemal pozwalają nam poczuć emocje towarzyszące osadnikom. Z jednej strony dostajemy świetny eksperyment – sama chciałabym wziąć udział w takiej "rekonstrukcji" – a z drugiej pojawia się współczesny obraz oprawcy – nieprzejednanego potwora, który zarządza tym całym "biznesem".

Narracja powieści jest pierwszoosobowa – historię poznajemy z punktu widzenia młodej dziewczyny, która właściwie nie miała wyjścia, musiała wziąć udział w tej zabawie. Wszelkie dialogi, wspomnienia, myśli i opisy zawarte są w jej historii, co do mnie kompletnie nie trafiło... Znajdziecie tu mnóstwo czynności oddzielonych przecinkami, a gdzieś pomiędzy wciśnięte rozmowy bohaterów. Skłaniałabym się ku tradycyjnej prezentacji treści, wtedy  byłoby mi łatwiej wczuć się w tę opowieść. 

Historia zaczyna się ogólnie dość niewinnie, opisy męczą i właściwie niewiele się tu tu dzieje. Dopiero finał okazuje się prawdziwą petardą: jest mocny, krytyczny i niezapomniany. Czytelnik z pewnością znajdzie się na skraju beznadziei i bezsilności z krzykiem, który ugrzęźnie mu w gardle. I oczywiście z niezgodą, choć ta będzie towarzyszyć nam niemal od początku opowieści.

Czy warto przeczytać Mur duchów? Powiem Wam, że mam z tą minimalistyczną powieścią spory problem. Owszem, potencjał jest przeogromny, tematyka szalenie ważna, a pomysł doskonały, ale zabrakło mi jednak szerszego widzenia, dokładniejszego wejścia w psychikę bohaterów, mocniejszego wstępu do tego oszałamiającego finiszu. Myślę, że warto poświęcić czas na lekturę tej powieści – szybko się z nią uporacie – by potem snuć refleksję już poza nią, choć z odniesieniami. Tak, wtedy warto.