piątek, 23 października 2020

Prawda wychodzi na jaw w monologu swoiście imponującym: "Dolores Claiborne" S. King


To śmieszne, że coś może się rozgrywać na oczach ludzi, a oni i tak wyciągną fałszywe wnioski. Ale trudno się dziwić, skoro wszystko ma dwie strony, a ludzie zwykle widzą tylko tę jedną – zewnętrzną.

Stephen King, Dolores Claiborne, przeł. T. Mirkowicz, t. 12, Albatros, Prószyński i S-ka, Warszawa 2017. 



Jakiś czas temu opowiadałam Wam historię pewnej paczki, która sporo przeszła, żeby finalnie trafić w moje łapki. Wśród niespodzianek, które wypełniały pudełko, znalazła się między innymi książka, o której chciałabym Wam dziś co nieco napomknąć. 

Jestem pewna, że Stephena Kinga nikomu przedstawiać nie trzeba. Prawdopodobnie każdy z Was ma za sobą przynajmniej jedną książkę tego autora albo widział chociaż jeden powstały na motywach jego powieści. Nawet jeśli szklanego ekranu unikacie jak ognia albo z uporem maniaka odmawiacie lektury kingowych historii, to z pewnością samo nazwisko jest Wam doskonale znane.  Mnie jest, już od dłuższego czasu, ale o Dolores Claiborne dowiedziałam się całkiem niedawno – ten tytuł zupełnie nic mi nie mówił, a jednak nie mogłam się mu oprzeć. Wspaniała rekomendacja Czytelniczki nie pozostawiła mi wyboru; zapadł wyrok: trzeba przeczytać, koniecznie, no bo jak to tak, że ja jeszcze tego dreszczowca nie znam? Pełna obaw, bo z Kingiem to u mnie różnie bywa – wielbię, ale wybiórczo – weszłam w opowieść energicznej staruszki, która zdradza sekrety przeszłości.




Prawda wychodzi na jaw


Znacie kogoś, kto posiada "dar" mówienia bez końca? Ja znam i chociaż wolę raczej słuchać, niż mówić, wiem, jak uciążliwe może być przyswajanie monologu osoby, która w ogóle nie zważa na swojego rozmówcę (albo raczej odbiorcę komunikatu). Każdy z wątków rozwija o kolejne rewelacje i, w dodatku, przechodzi płynnie z tematu w inny temat z prędkością światła. Naprawdę można się w tym słowotoku pogubić, a i przy okazji wbrew własnej woli dowiedzieć, co tam słychać u wszystkich w okolicy – nawet tych nieznajomych. Kiedy ktoś taki cię dorwie, warto mieć jakąś dobrą wymówkę, by szybko i w miarę bezboleśnie czmychnąć z miejsca głoszenia monologu, choć przyznaję, że mi udaje się to rzadko... Problem nie polega na tym, że nie mam w zanadrzu dobrej wymówki – ja po prostu nie dostaję szansy, by cokolwiek powiedzieć! O ile ja mogę knuć i planować ucieczkę przez słowotokiem, o tyle nie wszyscy mają tyle szczęścia, ponieważ czasem po prostu takiego monologu wysłuchać trzeba, dla dobra sprawy.

W takiej sytuacji znalazł się komendant policji (wraz z ekipą), który musiał przesłuchać Dolores podejrzewaną o zamordowanie swojej chlebodawczyni. Kobieta uparcie i z pełnym przekonaniem wypiera się popełniania tej zbrodni, choć wszelkie dowody świadczą o jej winie. Z dokładnością opisuje ona panujące między nimi nastroje, niepisane umowy, wypracowane działania oraz niezapomniane rozmowy. To opowieść długa i wyczerpująca, sięgająca trzydziestu lat wstecz, po dzień śmierci pracodawczyni.

W trakcie przesłuchania, a właściwie monologu wygłaszanego przez starszą panią, wychodzi na jaw tajemnica, która od wielu dekad zaprzątała głowy mieszkańców wysepki Little Tall. Dolores w barwnej opowieści – pełnej bólu, smutku i rozgoryczenia – zdradzi, co przytrafiło się jej mężowi podczas zaćmienia Słońca w 1963 roku. Ciekawa sprawa, bo właściwie nikt nie wie, co się wówczas wydarzyło, choć pojawiły się różne teorie. Kobieta rozwieje wszystkie wątpliwości, nie szczędząc swoim "rozmówcom" szczegółów.

Monolog swoiście imponujący


Wyobraźcie sobie powieść, która w całości oparta jest na monologu jednej z postaci, a wszystko inne (miejsce akcji, czas, pozostali bohaterowie) stanowi jedynie tło, które mocno niknie, rozmywa się w zderzeniu z emocjonalnym wydźwiękiem wypowiedzi Dolores. Przyznaję, że zaskoczyła mnie ta forma podania treści oraz mój odbiór tego przekazu, bo o ile w realnym życiu unikam (często nieudolnie, ale jednak) osób, które zalewają mnie potokiem słów, o tyle w przypadku tej książki, dałam się wciągnąć w nurt opowieści i z ciekawością śledziłam rozwój wydarzeń. Wytrwale, do samego końca towarzyszyłam bohaterce w każdym nabierającym kształtu zdarzeniu, choć trzeba przyznać, że często nie należały one do najprzyjemniejszych. Warto jednak w tym miejscu wspomnieć, że wiele wypowiedzi (cięty język, wypowiedzi pełne kolokwializmów) wywołuje uśmiech – to przemyślany zabieg zapewniający tej opowieść właściwą równowagę. 

Ta historia nie zaskakuje prawie wcale, ponieważ prawda wychodzi na jaw już w momencie przeczytania opisu wydawcy, a jednak jest skonstruowana w taki sposób, że trudno się od niej oderwać. Opowieść intryguje, a wyłaniający się z niej obraz budzi w czytelniku ogrom przeróżnych emocji. Atutem tej historii jest niezaprzeczalnie kobieta, która zalewa nas wspomnieniami – silna, wytrwała, gotowa na wszystko, a do tego czarująca słowem energiczna staruszka, której po prostu nie da się nie słuchać. Choć wiemy, co się wydarzyło, z ciekawością chwytamy kolejne wątki, by zrozumieć, dlaczego do tego wszystkiego doszło i jak to się odbyło.

Dolores Claiborn to interesująca propozycja dla fanów powieści psychologicznych. King bardzo dokładnie wnika w umysł głównej bohaterki swojej opowieści, dając jej dowolność w doborze emocji i gwarantując nieprzerwany potok słów. Można uznać, że ta powieść jest jakby spowiedzią staruszki, ale nie znajdziecie tu poczucia winy, prędzej kopniaka w dupę. Sami zresztą szybko dochodzimy do wniosku, że stoimy po stronie tej dzielnej kobiety, matki, pracownicy i jest to ciekawe doświadczenie, bo w końcu trudno jest przyjąć pewne działania za właściwe i nieuniknione...

Książka znacząco różni się od innych powieści Kinga, z którymi miałam do czynienia. Powiem Wam, że ta lektura była jednak dla mnie ciekawym eksperymentem i prawdę mówiąc, nie wyobrażam już sobie, by do tej opowieści pasowała jakakolwiek inna forma podania. Ujął mnie sposób prezentowania treści, urzekł obraz wyłaniającej się ze wspomnień kobiety, która zdecydowanie zasługuje na wysłuchanie. To powieść niepozorna, ale nie powiem nic więcej, bo wszystko stanie się jasne w finale.

Czy polecam Dolores Claiborne? Jasne! Myślę, że warto dać się wciągnąć w wir wydarzeń, porwać nurtowi monologu, przyjrzeć dokładniej zaistniałej sytuacji. Znajdziecie tu spory ładunek emocjonalny, który tylko czeka na to, by go uwolnić. 
Uwolnijcie, koniecznie.  

Wyczytałam gdzieś, że na podstawie tej powieści nakręcono w 1995 roku film pt. Dolores. Kusi mnie, kusi, więc pewnie w końcu dotrę do tej historii w innej (mam nadzieję, że równie ciekawej) wersji.