środa, 4 listopada 2020

Najgorszy jest strach wywołany przez coś zupełnie normalnego: "Szczelina" J. Karika

 


Wystarczy jedna szczelinka, cienka jak włosek; jedna jedyna, a to już zaczyna działać – twój żałosny mały świat i osobowość czy poczucie tożsamości legają w gruzach. I rozpad, totalny rozkład, z każdą sekundą jest coraz szybszy.


Jozef Karika, Szczelina, przeł. J. Betlej, Stara szkoła, Wołów 2018.

Ludzie dzielą się głównie na tych, którzy kochają morze i tych, którzy serce oddali górom. Ja zdecydowanie zaliczam się do tej pierwszej grupy i pewnie bluźnię (nie bijcie!), ale dla mnie góry mogłyby nie istnieć. Może po prostu nigdy nie miałam okazji, by je pokochać? Nie oznacza to jednak, że nie czuję przed tymi górami respektu. Wręcz przeciwnie – ten ogrom nieco mnie przytłacza, a wyobrażenie, że mogłabym kiedyś gdzieś tam przypadkiem utknąć lub zabłądzić, jest mocno niepokojące. Zresztą, podobnie czuję się w lesie – las kocham, spokojnie, aż takim dziwadłem (jeszcze) nie jestem! – zawsze towarzyszy mi jakiś lęk, że zabłądzę. Moją zerową orientację w terenie wspomagam mapką Google, ale w gruncie rzeczy w pełni zdaję się na osoby, z którymi do tego lasu wchodzę. Sama, moi Drodzy, to ja się tam nie pcham z tej prostej przyczyny, że lepiej nie kusić losu.

Skoro już ten żenujący wstydliwy sekret mamy za sobą, czas na małą rekompensatę. Dziś mam doskonałą propozycję dla wielbicieli powieści grozy w dobrym, bo dalekim od kiczu wydaniu. Szczelina Jozefa Kariki (Nagroda Czytelników Anasoft Literaz w 2017 roku) to historia, która robi sieczkę z mózgu, wykorzystując specyficzne środki i uderzając w Czytelnika z niebywałą siłą. Po lekturze tej książki ujrzycie swoje otoczenie w zupełnie nowej odsłonie, a na góry spojrzycie z lekkim niepokojem (albo i przerażeniem). 

Najgorszy jest strach wywołany przez coś zupełnie normalnego

Słyszeliście kiedyś o Trybeczu? To pasmo górskie, które znajduje się na terenie Słowacji i z powodzeniem przyrównywane jest do "Trójkąta Bermudzkiego". Wszystko zaczęło się wiele lat temu, kiedy ta okolica zaczęła słynąć z licznych przypadków zaginięć. Osoby, które zniknęły w niejasnych okolicznościach, odnajdywano martwe lub po prostu słuch po nich zaginął i do dziś nikt nie wie, gdzie się podziały.

Powieść Jozefa Kariki jest jakby odpowiedzią na liczne przypadki zaginięć, które miały miejsce w okolicy Trybeczu. Autor przedstawi nam historię tego miejsca, którą zasłyszał od pewnego młodego mężczyzny. Ten twierdzi z uporem maniaka, że dzieją się tam rzeczy niezwykłe.

Jak do tego wszystkiego doszło i co pchnęło młodzieńca do zgłębienia tematu? Otóż, Igor (młody bloger, który niedawno skończył uczelnię) zdecydował się na robotę w "budowlance", ponieważ nie mógł znaleźć pracy w swoim zawodzie. Zlecenie obejmowało uprzątnięcie pewnego budynku (starego szpitala psychiatrycznego), a wiadomo, że w takich miejscach można się spodziewać wszystkiego, np. tajemniczego sejfu, w którym ukryto pewne materiały. To właśnie w tym miejscu zaczyna się cała ta opowieść, bowiem to, co chłopak znajduje w "potworze", jest punktem zapalnym. Okazuje się, że ktoś jednak z tych gór powrócił...

Dokąd zaprowadzi nas to znalezisko? Rzecz jasna  w góry, na szlak, do lasu... Tam można się spodziewać niespodziewanego.  


Strach się bać

Powiem Wam, że tak dziwnie przerażającej książki nie czytałam jeszcze nigdy w życiu. To oryginalne dzieło, które trudno ująć w jakieś ramy. Horror, powieść grozy, a może zbeletryzowany dokument? Prawda czy fałsz? Próba zapisu rzeczywistych przeżyć bohatera, wyrachowana mistyfikacja czy może dopracowany plan namieszania czytelnikowi w głowie – fikcja, która tak działa na zmysły, że z uporem wypatrujemy jej w codzienności? 

Lubię takie historie za ich niejednoznaczność i nieoczywistość. Opowieści porażające, intrygujące, a przy tym pozostawiające (po zakończonej lekturze) z dziwnym, niewygodnym wrażeniem, że to wszystko jest jakoś dziwnie realne. Słowa, po których zdrowy rozsądek toczy bój z jakimś małym lękiem zlokalizowanym gdzieś z tyłu głowy – ten podpowiada, że to możliwe. Na początku wspomniałam, że ta historia skutecznie ryje banię i zdania nie zmienię. Ile w tym prawdy? Tego nie wiem, ale jestem pewna, że ta (nie)prawda została wtłoczona do mojego umysłu i nijak nie mogę pozbyć się kłębiących się wewnątrz obrazów.

Narratorem tej opowieści jest Igor – nieudacznik, którego w ogóle nie da się polubić, zadufany w sobie dupek – uczestnik wydarzeń, który skontaktował się z autorem, by opowiedzieć mu swoją historię. Chłopak od razu zaznacza, że nikt mu pewnie nie uwierzy, a jednak musi wyrzucić z siebie prawdę, zrzucić odpowiedzialność, która niszczy go psychicznie. Siada zatem przed Kariką i w trakcie kilku sesji opowiada, nie szczędząc szczegółów; niektóre oczywistości pomija, a inne sprawy rozdmuchuje. Dłuższe wypowiedzi Igora przeplatają się z krótkimi wtrąceniami (w postaci zwięzłych rozdziałów) Jozefa Kariki. Pisarz jednak nie powie nam, czy sam wierzy w tę opowieść, a osąd zostawia czytelnikowi – w sumie zostawia nas z mętlikiem w głowie i robi to umyślnie! Nie dementuje plotek, nie podsyca nachalnie naszej ciekawości, po prostu daje Igorowi pole do "wygadania się", a czytającemu materiał do przemyślenia.

Pewne trudności może stanowić dla czytelnika styl. Mnie zupełnie nie przeszkadzał wszechobecny, natrętny wręcz język potoczny, w jakim zaserwowano tę historię – liczne wstawki popkulturowe, młodzieżowe odzywki, kolokwializmy czy wulgaryzmy potraktowałam jako integralną część tej historii. Po prostu przeszłam przez tę powieść tak, jakbym słuchała siedzącego przede mną młodego mężczyzny, którym targają sprzeczne emocje, w którym wszystko krzyczy. Dałam się ponieść, wciągnąć i chcąc nie chcąc, towarzyszyłam mu w tej górskiej wędrówce. Jeśli zależy Wam na powieści, która zachwyca pięknem języka, kusi gładkim stylem i rozpieszcza okrągłym słowem, to Szczelina będzie dla Was po prostu rozczarowaniem, chociaż... nieśmiało stwierdzę, że ta historia (nawet podana w takim stylu) jest w stanie się obronić, a tę językową kanciastość można potraktować jako walor.

Atutem tej powieści jest przede wszystkim jej klimat. Mistrzostwo świata, mówię Wam. Obok tak ciężkiej atmosfery i narastającej nerwowości nie sposób przejść obojętnie – ja nie umiałam. To cholerstwo szybko zaczyna się nam udzielać (o głupotach, które śniły mi się po lekturze tej książki, nie będę wspominać!). Przerażenie szybko oblepia swoimi lepkimi mackami kolejne fragmenty naszego umysłu, by ściskać, wykręcać, pulsować gdzieś pod czaszką. Możecie nie pamiętać imion, nazw czy kolejności zdarzeń, ale nastrój tej powieści zakorzeni się w Was na długo.

Nie oczekujcie, że to przyjdzie nagle, że porwie już na wstępie. To nie tak. Początek tej historii jest właściwie dość nużący, a główny bohater (narrator) wcale nie ułatwia nam wkręcenia się w tę historię – bardziej stara się nas skutecznie zniechęcić do jej poznania. Nie poddawajcie się jednak, bo każdy kolejny krok w las, przybliży Was do szaleństwa. Smakować będziecie powoli, ale z czasem poczujecie, że zachłysnęliście się tą opowieścią i jesteście już głęboko w środku.

Szczelina to jedna z najlepszych powieści grozy, jaką do tej pory przeczytałam. Autor (a może narrator) skutecznie mnie zahipnotyzował, a klimat tej historii po prostu urzekł i głęboko wrył się w pamięć. Do tej opowieści wracałam z przyjemnością i lekkim przestrachem; z utęsknieniem czekałam na zapadnięcie zmroku, by móc powrócić na górski szlak. To taki trochę masochizm w moim wykonaniu, ale wart każdej nieprzespanej minuty, a nawet tych głupot, które potem pojawiały we śnie. 

Polecam, z czystym sumieniem, całą sobą. Tytuł zdecydowanie godny uwagi wielbiciela historii z dreszczykiem.