środa, 20 stycznia 2021

Jedyną stałą w życiu jest zmiana: "Ta sama rzeka" E. Świętek

 


To jest bolesne, bo nikt nie lubi wracać do punktu wyjścia i zaczynać pracy od nowa. Można odczuwać strach, że nie wystarczy czasu na osiągnięcie upragnionego celu. Ale trzeba próbować naprawiać błędy.


Edyta Świętek, Ta sama rzeka, Pascal, Bielsko-Biała 2021.

Heraklit twierdził, że nie sposób wejść dwukrotnie do tej samej rzeki. Nie stanowiło to jednak przestrogi, a było raczej stwierdzeniem faktu, że rzeka jest zmienna – woda, w której byliśmy, dawno już odpłynęła (na pewno kojarzycie słynne panta rhei), natomiast rzeka, do której wejdziemy (nawet po chwili), jest już zupełnie inną rzeką. Kolejny krok jest zatem krokiem w nieznane, więc może budzić pewne obawy.  Ponadto Heraklit stwierdził, że jedyną stałą w życiu jest zmiana. I ja się z tym zgadzam.

Do rozmyślania nad zmiennością rzeczy (bardzo ciekawy temat, któremu wcześniej nie poświęcałam większej uwagi) i ogólnie filozofią Heraklita z Efezu natchnęła mnie książka, która trafiła w moje ręce dzięki uprzejmości wydawnictwa Pascal, a której kompletnie się nie spodziewałam. Mowa o najnowszej powieści autorstwa Edyty Świętek pt. Ta sama rzeka. Przyznaję, że to moje pierwsze spotkanie z prozą tej pisarki – jeśli jesteście ze mną od dłuższego czasu, wiecie, że raczej z dystansem i bez hurraoptymizmu podchodzę do literatury obyczajowej –  niemniej, było w porządku.


Kiedy księżniczka jest Myszką

Dawno, dawno temu było jak w bajce: on – niczym książę na białym koniu (z mieszkaniem, pokaźnym portfelem, ustabilizowaną pozycją finansową), szarmancki, czarujący i niesamowicie pociągający – szybko zdobywa serce pięknej i zachwycającej kobiety z nieciekawą przeszłością i o nieznanych korzeniach, co determinuje pewną uległość. Z czasem cudowny książę przeobraża się w brutalnego potwora, natomiast piękna księżniczka staje się niczym więcej jak zlęknioną, szarą myszką, która wciąż ugina się pod jego wzrokiem, ustępuje pod naporem. Być może kobieta porzuciłaby życie w strachu, gdyby nie troska o nieletniego synka, którego za nic w świecie nie chce stracić – nawet za cenę swojej wolności.

Małgorzata prowadzi na pozór idealne życie, jednak może prawdziwie odetchnąć jedynie w pracy, gdzie, co prawda, wciąż pozostaje pod wpływem zaborczego męża, jednak zyskuje pewną swobodę. Kobieta dzielnie trwa w toksycznym związku, wciąż zaciskając zęby, jednak kiedy poznaje nowego współpracownika, z wolna wychodzi z mroku, dostrzegając jaśniejsze barwy codzienności – okazuje się, że życie może wyglądać inaczej.

Wolność to ułuda. Tak naprawdę nikt z nas nie jest wolny. Każdy uwikłany jest w jakieś zobowiązania, które pętają ręce i paraliżują kroki.

Niestety zakochanym nie jest pisane wspólne szczęście: on opiekuje się niepełnosprawną żoną, z którą łączy go właściwie tylko przysięga małżeńska (wiecie, na dobre i złe, póki śmierć nas nie rozłączy); ona nie może wyrwać się spod władzy tyrana, do którego należy.

Wiadomo, że życie pisze niesamowicie pogmatwane scenariusze, więc nie pozostaje nic innego jak sprawdzenie, dokąd tym razem płynie ta sama (a może już zupełnie inna?) rzeka.


Cierpienie w ciszy

Edyta Świętek porusza bardzo ważny temat przemocy domowej – tej doskonale zamaskowanej, bolesnej, cichej. Ta sama rzeka wiedzie czytelnika za zamknięte drzwi, za którymi strach, upodlenie i znieważanie mają się doskonale. Być może zastanowicie się wielokrotnie, jak to możliwe, że nikt niczego nie zauważa? Warto w tym miejscu zaznaczyć, że często przemoc nie ogranicza się tylko do zadawania fizycznego bólu (zresztą ślady znęcania się zawsze można ukryć, a oprawcy doskonale potrafią ranić tak, by niczego nie było widać); gorsza chyba jest tylko przemoc psychiczna – nieustanne mieszanie człowieka z błotem, odbieranie mu godności, zatrważające przekraczanie jego granic wbrew jego woli (w książce pojawia się pewien fragment, który kompletnie mną wstrząsnął i zmusił do zastanowienia nad tym, dlaczego kobiety nie odchodzą, kiedy jest jeszcze nadzieja na ratunek; znalazłam też wyjaśnienie, które – choć wszystko we mnie krzyczy, nie godzę się i ubolewam – muszę przyjąć bez oceniania i wygłaszania jakichkolwiek mądrości, tak po prostu). Przemoc domowa, całkowite uzależnienie kogoś od siebie i wykorzystanie swojej przewagi nad kimś jest po prostu obrzydliwe i to zawsze tyran, oprawa, zwyrodnialec (czy jak go tam sobie nazwiemy) jest winny.

Historia toczy się na wielu płaszczyznach czasowych: z jednej strony mamy wspaniałe lata dziewięćdziesiąte, kiedy to miłość kwitła, serca biły równym rytmem, a marzenia wydawały się być na wyciągnięcie ręki (ten czas jednak mija, dość szybko). Te wspomnienia przeplatają się z początkiem XXI wieku, gdy decyzja została już podjęta, jednak do realizacji pozostało jeszcze mnóstwo czasu (Małgorzata daje sobie osiem lat, do pełnoletniości syna). Zajdziemy jednak odrobinę dalej i przyjrzymy się tej zlęknionej kobiecie po latach, kiedy stanie przed szalenie trudnym do wykonania krokiem i spróbuje zawalczyć o inne życie.

Ta sama rzeka nie jest powieścią jednowątkową: na całokształt złożyło się wiele zdarzeń. Autorka musnęła m.in. sprawę niechcianej ciąży (bardzo interesujący temat), skutki pandemii, problemy z opieką nad osobą niepełnosprawną, strach przed przekazywaniem dalej nieznanych genów, wątek porzuconego dziecka. Mnogość, mówię Wam, ale sprawnie i elegancko wkomponowana w wątek główny.

Historia jest bardzo zgrabnie napisana, więc czyta się ją szybko i właściwie bezproblemowo, choć znajdziecie w niej takie fragmenty, które po prostu bolą i na długo pozostają w pamięci. Bohaterowie są krwiści i mimo że niektóre sytuacje bywają na maska przesłodzone, a czasem dość naciągane (chociaż, kto powiedział, że tak być nie może?), to jednak oni doskonale się w nich odnajdują i pasują do całości. 

Muszę wrócić jeszcze na chwilę do głównej bohaterki. Autorka pokusiła się o dogłębny portret psychologiczny postaci. Poznajmy Małgorzatę od podszewki, obracamy jej myśli i przyglądamy się im z każdej strony, a retrospekcje stanowią doskonałe uzupełnienie tego obrazu. 

Ta sama rzeka to romans, więc jeśli lubicie słodko-gorzkie opowieści miłosne, z pewnością znajdziecie w tej historii wszystko, czego Wam trzeba: dramat, pragnienie, szansę, zawód, nieprawdopodobny zlepek przypadków i nadzieję. Myślę, że jednak największą siłą tej książki jest wątek przemocy domowej, który został poprowadzony w ciekawy, a przede wszystkim poruszający sposób. Właśnie dlatego warto sięgnąć po Tę samą rzekę.