sobota, 27 lutego 2021

Dezorientacja jest wygodna: "Armageddon House" M. Griffin

 


Nadejścia przyszłości nie da się powstrzymać. Każda teraźniejsza chwila jest jedynie zbyt szybko przemykającym punkcikiem. Wszystko, co istnieje i daje się pochwycić, znajduje się wcześniej. Przeszłość porusza się powoli. Pamięć pozostaje w zasięgu, żywsza od percepcji.


Michael Griffin, Armageddon House, przeł. T. Chyrzyński, Wydawnictwo IX, Kraków 2020.

Książka, o której chciałabym Wam dziś opowiedzieć, kojarzy mi się – z powodu miejsca akcji – z moją młodością, a właściwie ze snuciem się po starych, opuszczonych bunkrach. Takie podziemne podróże to doświadczenie jedyne w swoim rodzaju – z pewnością niezapomniane, a do tego generujące strach. Lubicie się bać? Ja wciąż uwielbiam i z pewnością, gdybym stanęła teraz przed możliwością posnucia się po jakimś bunkrze, nie byłabym w stanie odmówić sobie tej przyjemnością. Pod ziemią, w ciemnościach, w zamkniętej przestrzeni nic nie jest bowiem takie, jakim się wydaje...

Dziś słów kilka o mikropowieści pt. Armageddon House autorstwa Michaela Griffina. Powieść włączono do podgatunku fantastyki zwanego weird fiction, co oznacza mniej więcej tyle, że możemy liczyć na opowieść utrzymaną w klimacie grozy, ale nie typowy horror – tu nic nie jest oczywiste, do wielu wątków musimy dojść sami, bowiem nie są one nam dane na tacy – to taki ukłon w stronę tych, którzy chcieliby liznąć odrobinę grozy, ale niekoniecznie gotowi są na umoczenie w brunatnej posoce.



Dezorientacja jest wygodna

W ulokowanym gdzieś pod ziemią bunkrze – wspaniałym, nowoczesnym, w pełni wyposażonym – mieszkają tylko cztery osoby: dwie kobiety i dwóch mężczyzn – dwie pary (choć należy tu wspomnieć, że tylko pozornie). Mieszkańcy tego przybytku trwają w niekończącej się rutynie: jedzą, ćwiczą, opalają się i śpią w określonym czasie, a ta poukładana codzienność pozwala im zachować zdrowy rozsądek, choć w gruncie rzeczy nie są pewni, po co to wszystko robią.


Przebywanie w odosobnieniu jest wystarczająco trudne i bez ciągłego przypominania sobie, że nie mają kontroli nad tym, czy kiedykolwiek zdołają się wydostać.


To jednak nie jedyna sprawa, która zaprząta ich umysły, ponieważ właściwie żadne z nich nie wie, jak i po co znalazło się w bunkrze. Starają się dojść, czemu to wszystko służy, dlaczego się na to zgodzili, a może zostali tu umieszczenie przymusem? Czy mogą ufać tym, z którymi dzielą przestrzeń? A może nie powinni ufać nawet samym sobie? 

Klimat zamkniętej, surowej przestrzeni, nieustanna izolacja, której towarzyszą napady paniki, zaniki pamięci oraz narastający w umysłach niepokój sprawią, że atmosfera wciąż gęstnieje. Robi się duszno i nieprzyjemnie! Choć z początku wchodzimy w logiczny i poukładany świat, z czasem przekonujemy się, że nie tędy droga.


Ale o co w tym wszystkim chodzi?

Armageddon House to mikropowieść, która liczy około 100 stron – niby niewiele, ale myślę, że wystarczająco, by oddać doskonały klimat tego podziemnego terrarium. Niby wszystko jest, jak należy, ale z drugiej strony wciąż towarzyszy nam poczucie, że coś tu zdecydowanie nie gra. Im dłużej siedzimy w tym bunkrze i im lepiej poznajemy bohaterów, tym mocniej utwierdzamy się w naszych przekonaniach. 

Historia jest przemyślana, a sytuacje intrygujące. Co prawda długo musimy dochodzić, o co w tym wszystkim w ogóle, a wyjaśnienie być może okaże się niesatysfakcjonujące, jednak warto dla samego klimatu grozy – ten jest wręcz namacalny! – warto pochylić się nad tym tytułem. Zresztą, powiem Wam, że z tym zakończeniem to różnie bywa, bo tu nic nie jest takie oczywiste. Po lekturze musiałam cofnąć się odrobinę, by sprawdzić kilka szczegółów, połączyć wątki, zastanowić się nad zakończeniem i w sumie to ja dalej nie jestem pewna, o co w tym wszystkim chodziło. Na pewno tego typu zdradzieckie zakończenie uruchamia myślenie, wymusza nieustanne wałkowanie tematu i obracanie obrazów – chcemy je do czegoś przypasować, a tu ni hu hu. Miliony pytań, zero odpowiedzi i to dziwne uczucie, że coś przegapiliśmy... Wnerwia nas ten narrator, bo niby skubany powinien zdradzić wszystkie tajemnice, poprowadzić za rączkę i wyjaśnić, a on porzuca nas takich zdezorientowanych i niepewnych tego, co się właściwie wydarzyło.

Armageddon House to historia, która – co przyznaję ze smutkiem – nieco mnie rozczarowała. Zastanawiałam się, czego zabrakło mi w tej historii i ostatecznie doszłam do wniosku, że ja po prostu lubię mocne pierdzielnięcie, a nie takie delikatne mizianie z niewiadomą. Zabrakło mi tej wisienki na torcie, tego wielkiego wow, które spodziewałam się znaleźć w finale. Mimo wszystko nie żałuję czasu, który poświęciłam lekturze tej książki – to było interesujące doświadczenie, a sam klimat niewątpliwie fascynuje. Myślę, że dla czytelników, którzy chcą spróbować swoich w horrorze, no i nieco poroztrząsać pewne wątki Armageddon House będzie wręcz idealnym rozwiązaniem.