środa, 14 kwietnia 2021

Mięso, które zjada mięso: "Wyborny trup" A. Bazterrica

 



Ostatecznie jak świat światem zjadamy się nawzajem. Jeśli nie w sposób symboliczny, pożeramy się i wchłaniamy dosłownie.



Agustina Bazterrica, Wyborny trup, przeł. P. Zarawska, Mova, Białystok 2021.


Przed nami kolejna odsłona apokalipsy. Z pewnością wiecie już, że lubię takie historie. Uwielbiam przyglądać się ludziom, którzy muszą nauczyć się żyć w nowych warunkach; zawsze z niepokojem sprawdzam, czy zachowali swoje człowieczeństwo, czy jednak ulegli chwili, warunkom, emocjom i zauważę totalny rozkład. Cóż, historia, o której dziś opowiem, jest pod tym względem jedyna w swoim rodzaju. Pozostaje się cieszyć, że to tylko fikcja.

Na Wybornego trupa wpadłam zupełnym przypadkiem. Tytuł nieco mnie zmylił, bowiem podejrzewałam, że to thriller czy kryminał, ale zapoznając się z opisem wydawcy, zrozumiałam, że będę miała do czynienia z czymś zupełnie innym, co – przyznaję z wielką radością – cieszy, bo dobry dramat ludzki nie jest zły. Agustina Bazterrica stworzyła, biorąc na tapet garść niewygodnych tematów, przejmującą dystopię.


Mięso, które zjada mięso


Za dobry towar trzeba czasem sporo zapłacić. Na pewno wiele razy zwróciła Waszą uwagę cena niektórych artykułów – tych z "wyższej półki" – bo wytwarza się je w wyjątkowy sposób, odznaczają się doskonałą jakością czy są po prostu trudno dostępne.

Na tym koncepcie opiera się nasza historia, gdzie towarem luksusowym stało się "mięso specjalne", czyli ludzkie, odkąd to światem wstrząsnął pewien wirus, który sprawił, że zwierzęta stały się niezjadliwe. Co to za wirus? Niestety nic więcej o nim nie wiemy, ale już sama groźba zachorowania przez załapanie się na gołębią kupę spadającą z nieba, brzmi dość niepokojąco.

Z początku ludzie starali się mięsa nie jeść, ale chyba potrzeba (czy też widzimisie) okazuje się silniejsza niż wszelkie poczucie moralności, bowiem ludzie zaczynają się po prostu zjadać – gdzieś ukradkiem. Jako że proceder niebezpiecznie się rozrastał, rząd wprowadził pewne udogodnienie: "mięso specjalne" spożywać można. Skoro jest zgoda, to rusza cała maszyna, bo jak wiadomo, na wszystkim przecież można i nawet trzeba zarobić, a ci najlepsi, najszybsi, produkujący prawdziwe specjały obłowią się niemal bezboleśnie. Oczywiście bezkarne zjadanie nie powinno wchodzić w grę, a i takie "mięso" niewiadomego pochodzenia może wyrządzić więcej szkody niż pożytku, zatem wyspecjalizowane linie produkcyjne wydają się tu na miejscu. Co więcej, dbając o jakość, warto pomyśleć o wyselekcjonowanym produkcie, a zatem hodowla to konieczność. Trzeba wiedzieć, co podaje się klientom.

Zasady są proste: mięso to mięso, a człowiek to człowiek (choć i tak niemal wszyscy rozkładają rozmówców na czynniki pierwsze: policzki, polędwiczki, szyneczka...), a z jedzeniem nie należy utrzymywać żadnych kontaktów międzyludzkich (to nie ludzie). Sprawa komplikuje się jednak, gdy wyjątkowa sztuka (prima sort) trafia pod nasz dach (hodowanie własnego mięsa jest przywilejem bogaczy), a my zaczynamy patrzeć na tę istotę w bardziej ludzki sposób, co jest niewybaczalną zbrodnią.

Rozkład człowieka


Bazterrica rozłożyła człowieka na czynniki pierwsze; z jednej strony zrobiła to dosłownie, wskazując zastosowanie dla każdego fragmentu ludzkiego ciała, ale z drugiej, ukazując jego rozkład wewnętrzny – swoistego rodzaju odczłowieczenie, niemal zezwierzęcenie (nie obrażając zwierzaków, rzecz jasna). I niestety nie tylko o zjadaniu "mięsa specjalnego" tu mowa.


W Wybornym trupie znajdziemy mnóstwo tematów trudnych i niewygodnych, a spożywanie ludzkiego mięsa to tylko jeden z nich. Autorka zwraca naszą uwagę na kontakty międzyludzkie, uprzedmiotowienie człowieka (tu przede wszystkim na przykładzie sztuki klasy prima sort), władzę, przyzwolenie, odrzucenie moralności, ale też czerpanie przyjemności z bestialstwa. Myślę, że wśród takiego nagromadzenia problemów, każdy znajdzie coś, co jakoś szczególnie nim wstrząśnie. 

Warto zaznaczyć, że treść bywa momentami obrzydliwa, na co mają wpływ dość sugestywne (np. cała linia produkcyjna) opis nie tylko spożywania, ale przede wszystkim obróbki "mięsa". Robią wrażenie doskonała organizacja, przemyślana strategia działania czy sam zamysł "produkowania" egzemplarzy przeznaczonych stricte do spożycia. Powiem Wam, że nie jest łatwo przyjąć tę historię bez wzdrygnięcia.

Pomysł wydał mi niezwykle ciekawy, wykonanie niestety nie do końca przypadło mi gustu. Do tego typu narracji musiałam się przyzwyczaić, a i tak za każdym razem zgrzytało. Historia przedstawiona została w czasie teraźniejszym (i tu jest pies pogrzebany!), a główny bohater to "on", wyspecjalizowany rzeźnik, który mięsa nie jada (przykład narracji poniżej). Niemniej historia mnie wciągnęła (trudno było mi się od niej oderwać), więc przymknęłam oko na prezentację treści. Być może Wam nie zrobi to różnicy, ale lojalnie ostrzegam, że mogą pojawić się problemy. Może ten zabieg  miał służyć pewnemu zdystansowaniu? Nie wiem.

On nie nazywa tego mięsem specjalnym. Używa słów technicznych w odniesieniu do rzeczy pozyskiwanych z człowieka, nigdy jednak coś, co jest po prostu produktem, nie może się stać osobą. Mówi więc o liczbie sztuk, które należy poddać obróbce, o partii czekającej na podwórzu na rozładunek, o linii uboju, w której trzeba przestrzegać stałego, uporządkowanego rytmu pracy, o ekskrementach przeznaczonych do sprzedaży na nawóz, o przetwarzanych wnętrznościach.

Autorka zwraca naszą uwagę – powraca do tego wątku bardzo często – na moc słowa. Uzmysławia, jak ważne jest odpowiednie nazewnictwo, a raczej odpowiednio dobrane zamienniki (bezduszne, nieludzkie, techniczne). W tym świecie nie mówi się wprost, nie nazywa się rzeczy (i ludzi) po imieniu, by być może jakoś się usprawiedliwić, w jakiś sposób umniejszyć swoją winę czy przejść nad ludzkim dramatem do porządku dziennego. Myślę, że to ciekawy element, któremu warto przyjrzeć się bliżej.

W powieści zabrakło mi nieco rozwinięcia tematu (pochodzenia, działania, objawów) samego wirusa, który to wszystko zapoczątkował. Szkoda, że ten element został zepchnięty na dalszy plan – właściwie po czasie zapominamy, od czego zaczęło się hodowanie, obrabianie, pożeranie – bo chętnie poznałabym więcej szczegółów, które (być może) pozwoliłyby mi jeszcze mocniej zakotwiczyć się w świecie przedstawionym. Owszem, można obejść się bez tych informacji, ale z nimi byłoby ciekawiej.

Lektura Wybornego trupa zmusza do refleksji. Jak to było u mnie? Motywami przewodnimi moich rozmyślań uczyniłam dwa wątki: spożywanie oraz obróbka. Długo zastanawiałam się nad tym, czy człowiek faktycznie nie może obejść się bez mięsa, a żeby wbić zęby w szynkę, jest w stanie zabijać (czasem podjadać "na żywca"). Czy naprawdę nie można się powtrzymać? Wiadomo, że wyjaśnienie takiego działania się znajdzie, bo przecież było potrzebne, ale czy naprawdę trzeba tak żyć? Został i drugi wątek, czyli linia produkcyjna oraz sposób postępowania ze sztukami. Z początku podchodziłam do tego z takim wewnętrznym sprzeciwem – wszystko się we mnie buntowało, krzyczało i wykrzywiało – bo jak tak można traktować żywą istotę? A potem nadszedł moment otrzeźwienia i uzmysłowienia sobie, że przecież każdego dnia w ten sposób ginie ogrom żyjątek, tyle że nie w wersji ludzkiej. Czy wobec tego miałam prawo sprzeciwu wobec tych praktyk? Trudna sprawa... 

Wyborny trup bardzo przypadał mi gustu. Pomijając sposób prowadzenia narracji (tu niestety coś nie zagrało), książka robi potężne wrażenie i zmusza do refleksji. Rzecz jest odrażająca, ale pełna też takich smaczków, które pozostaną w pamięci na dłużej. Dodatkowo warto wspomnieć o zakończeniu tej historii! O ile sama powieść nie jest naszpikowana akcją (raczej spokojnie poruszamy się po świecie przedstawionym, przyglądając się kolejnym "rewelacjom"), o tyle finał jest zaskakujący, a do tego pozostawia czytelnika (przynajmniej mnie) w mocnym osłupieniu. Lepszego zakończenia tej opowieści nie mogłam sobie wymarzyć. Jeśli zatem niestraszne Wam oglądanie człowieka w wersji "specjalnej", to w Wybornym trupie powinniście znaleźć coś więcej niż tylko krwawą ohydę. Tego Wam życzę.