wtorek, 13 kwietnia 2021

Nie można tęsknić za czymś, czego się nie znało: "Córka Króla Moczarów" K. Dionne

 



Jedni nie potrafią się zdobyć na zrobienie czegoś,
co dla drugich jest koniecznością.


Karen Dionne, Córka króla moczarów, przeł. M. Hesko-Kołodzińska, P. Budkiewicz, Media Rodzina, Poznań 2017.


Dziś miałabym ochotę porozmawiać o ubezwłasnowolnieniu – wyrwaniu człowieka z jego naturalnego środowiska i całkowitym podporządkowaniu. Książek, które traktują o porwaniach, przeczytałam już wiele i w gruncie rzeczy nie powinna już spodziewać się jakichś rewelacji, bo cóż więcej można ten temat napisać.... A jednak wciąż sięgam po tego typu historie, ponieważ nadal mam nadzieję, że zostanę totalnie zaskoczona/oczarowana/rozłożona (niepotrzebne skreślić). Warto mieć pewne oczekiwania, prawda?

Nic nie stało na przeszkodzie, by przeczytać opowieść reklamowaną jako: 

Znakomity thriller psychologiczny, połączenie „Mężczyzn,
którzy nienawidzą kobiet” i „Pokoju”.


Kusiła mnie szalenie perspektywa zderzenia z takim połączeniem, ponieważ obie te wspomniane historie lubię, bardzo lubię, a Pokój *recenzja* to moim zdaniem jedna z tych powieści, które na bardzo długo pozostają w pamięci – ciężko się od nich uwolnić, a i po latach doskonale pamięta się niemal wszystkie szczegóły. Zebrałam się zatem i chwyciłam Córkę króla moczarów autorstwa Karen Dionne. Zaczęłam czytać i... czar prysł.

Nie można tęsknić za czymś, czego się nie znało


Helena mieszkała z rodzicami w chatce na trzęsawiskach. Wychowywana głównie przez ojca, który był jej największym bohaterem, już w wieku pięciu lat rozpruwała brzuszki małym leśnym zwierzaczkom; potem przyszedł czas na polowania na dużego zwierza. Choć ojciec był dość surowy, matka nigdy jakoś specjalnie nie wtrącała się w życie rodzinne, a dziewczynka nie znała żadnych innych ludzi, Helena kochała swoje życie. Do czasu, kiedy okazuje się, że wraz z matką są przez ojca przetrzymywane na bagnach.

Piętnaście lat minie, zanim znów spojrzy w oczy mężczyźnie, który ją ukształtował. Okazuje się wówczas, że Helena jest jedyną osobą, która może go wytropić i znów wtrącić za kratki.

Gdzie ten thriller?


Córka króla moczarów bardzo mnie rozczarowała. Ani to thriller z prawdziwego zdarzenia, ani nie trzyma w napięciu (wcale), ani nawet nie zmusza do refleksji (a szkoda, bo np. wychowanie w kłamstwie jest szalenie ciekawym tematem, które można by pociągnąć i jakoś zgłębić). Ta książka nie posiada znaczących zwrotów akcji (poza jednym), a zakończenie nie zaskakuje – jest miałkie i przewidywalne. I w sumie mogłabym na tym skończyć, ale warto co nieco wyjaśnić.

Otóż, kiedy sięgamy po książkę tego rodzaju (porwanie, przetrzymywanie wbrew woli, wychowanie w kłamstwie) powinniśmy liczyć się z ogromem emocji, które muszą (ja tego inaczej nie widzę!) atakować wszystkie nasze zmysły i wprawiać nas w osłupienie  warto przygotować się do takiego zderzenia, więc byłam gotowa. Tymczasem tu temat potraktowano jakoś tak bezpłciowo – zupełnie bez wyrazu i polotu. Znaczną część tej historii wypełniają obfite opisy przyrody (nie mam nic przeciwko takim zabiegom, np. w Gdzie śpiewają raki *recenzja* to zachwyca), dość obszerne opisy polowań i kilka migawek z życia na bagnach. To prawie wszystko. 

Historia toczy się jednak dwutorowo: mamy tu do czynienia nie tylko z dziką, "oszukaną" przeszłością, ale też z teraźniejszością i ponownym spotkaniem córki z ojcem – takim starciem po latach i próbą sił. I naprawdę ta powieść miała ogromny potencjał, a ja z całych sił starałam się dostrzec jej piękno i tragiczność, ale nijak nie potrafiłam wyszperać z migawek ani emocji, ani elementów, które można uznać za naprawdę dobre (nic zaskakującego)... Na swoją obronę mam jedynie tyle, że się starałam.

Bohaterowie (pomijając matkę) są w miarę dobrze wykreowani, ale ich poczynania zupełnie nie robią wrażenia. Chcemy współczuć małej, chcemy też besztać ojca, ale w ogólnym rozliczeniu są nam zupełnie obojętni. Zabrakło tu wnikliwości (może to wynik narracji?), pominięto całą tę emocjonalną otoczkę, która powinna wprowadzić nas w wyjątkowo przejmujący klimat. Żal było mi tylko psa.

Brak napięcia i zatrważających zwrotów akcji oraz liczne, rozległe opisy przyrody sprawiają, że powieść jest po prostu nużąca – z utęsknieniem wyczekujemy końca, licząc na mocne pierdzielnięcie. Takowe niestety nie następuje. Niestety, bo być może zupełnie inaczej spojrzałabym na tę historię, gdyby wszystko potoczyło się w innym kierunku. Mogło tak być.

Chyba skłamałam... Owszem, w tej książce (poza potencjałem) znalazłam coś wspaniałego: przytoczoną baśń autorstwa Andersena po tym samym tytułem. Nie mogę zatem uznać, że to zupełnie stracony czas, bo akurat tej historii nie znałam. Na plus.

Wiem, że książka przez te cztery lata od premiery zebrała wiele różnych recenzji i mogłam sobie tę lekturę odpuścić, ale naprawdę wierzyłam w to, że takich historii nie można skiepścić. Okazało się jednak, że można. Niestety nie polecę Wam Córki króla moczarów, choć może Wy podejdziecie do niej mniej krytycznie? Mnie nie porwała, ale polubiłam w niej to, że liczy nieco ponad 300 stron  szybka piłka.