środa, 12 maja 2021

Hce być mondry: "Kwiaty dla Algernona" D. Keyes

 


Hce być mondry jeśli tylko mi pozwolo.


Daniel Keyes, Kwiaty dla Algernona, przeł. K. Sokołowski, wyd. II popr., Rebis, Poznań 2021.


Jest takie powiedzenie: "Uważaj, o czym marzysz, bo może się spełnić", które doskonale pasuje do książki, o jakiej chciałam Wam dziś opowiedzieć. A marzymy przecież o wielu rzeczach – tych materialnych i tych zupełnie, zdawać by się mogło, osobistych, niematerialnych. Marzymy o przyjaźniach, zdrowiu, polepszeniu jakości swojego życia i kiedy tylko nadarza się okazja, staramy się walczyć o swoje (a przynajmniej niektórzy robią ten krok i sięgają po swoje marzenia). Z czym to się wiąże? Staramy się widzieć świat w jasnych barwach i nie bierzemy w ogóle pod uwagę, że coś po drodze może nie wypalić, że jednak nie wszystkie plany należy wprowadzać w życie, bowiem spełnione marzenia mogą wszystko skomplikować. Nie rozumiemy.

Dziś odrobina fantastyki, ale w takim niekosmicznym wydaniu. Przyjrzymy się sile nauki i związanymi z postępem badań możliwościami, które otwierają się przed ludźmi praktycznie wykluczonymi przez społeczeństwo. Kwiaty dla Algernona autorstwa Daniela Keyesa (okazało się, że nie było to moje pierwsze spotkanie z autorem, bowiem czytałam Człowieka o 24 twarzach *recenzja*) to historia została wydana w 1959 roku, ale z powodzeniem mogła powstać i z dziesięć lat temu, i w tym roku, i podejrzewam, że gdyby miała premierę za dwadzieścia czy trzydzieści lat, robiłaby takie samo wrażenie. Powieść ponadczasowa i – mimo tego fantastycznego wydźwięku – uniwersalna.


Hce być mondry!

Charlie cierpi na fenyloketonurię, co związane jest z pewnymi problemami neurologicznymi, a objawia się po prostu – mówiąc kolokwialnie – kretynizmem. Mężczyzna po trzydziestce, z IQ na poziomie około 70, zachowuje się często i myśli jak małe dziecko. To jedna z tych osób, z których wszyscy się śmieją, bo co rusz robi z siebie idiotę, ale przeważnie tolerują jej obecność w swoim życiu. Charlie jest takim poczciwym głuptasem, który stara się być mądrzejszy, bo podejrzewa, że będzie miał więcej przyjaciół, bo chce sprawić innym przyjemność i pokazać rodzinie, że może być z niego dumna. Chłopak uczy się czytać i pisać, a przy tym łączy tę naukę z pracą – od wielu lat pracuje w piekarni, która "uratowała" go przed zamieszkaniem w ośrodku stworzonym dla takich jak on.

Mała próbka ;)


Kiedy okazuje się, że istnieje szansa na podniesienie ilorazu inteligencji, Charlie nie waha się ani chwili – jest gotowy na wzięcie udziału w eksperymencie, byle tylko stać się odrobinę mądrzejszym. W ramach tego działania chłopak ma pisać dziennik – zapiski mają służyć głównie obserwacji zakładanych postępów (wcześniej przeprowadzono zabieg na myszy, Algernonie), ale też wejdą później w skład dokumentów podsumowujących przebieg i wynik działania.

Będziemy świadkami tych zmian, spojrzymy w przeszłość, znajdziemy odpowiedzi na wiele pytań, z których istnienia Charlie nie zdawał sobie wcześniej sprawy. To będzie wyjątkowy eksperyment.

Niby nie zaskakuje, a jednak!

Po Kwiaty dla Algernona sięgnęłam z niepewnością, ale też z wiarą, że to będzie dobra książka. Człowiek o 24 twarzach bardzo przypadł mi do gustu, zatem założyłam, że tu nie może być gorzej. Powiem Wam, że się nie myliłam. Trzeba przyznać, że ta historia – rozwój akcji – jakoś szczególnie mnie nie zaskoczyła, ale i tak uważam, że lektura tej książka była warta każdej oddanej jej minucie. 

Na pewno początek wytrąca z równowagi... Moje polonistyczne serducho cierpiało katusze, kiedy przedzierałam się przez pierwsze strony dziennika Charliego. To była trudna przeprawa, która wymagała ode mnie ogromnego skupienia, bowiem przełożenie jego myśli na jakiś konkret to nie lada wyzwanie.


Powiedział mu to pienkny obrazek w atramencie z ślicznymi kropkami po fszystkih bżegah ale on głowo poczons wienc to nie to.


("Poczons" mnie rozbroiło!) Kiedy trafiam na tak dziwne zapiski, od razu myślę sobie o roli tłumacza, który na pewno musiał wznieść się na wyżyny swojej cierpliwości, by doprowadzić sprawę do końca. Powiem Wam, że ja miałam problem już z przepisaniem cytatu – po prostu musiałam lecieć literka po literce, by nie popełnić nigdzie błędu (nie napisać tego poprawnie, nie zrobić błędu tam, gdzie go nie ma). Szybko oswajamy się jednak z tym językiem, a chwilę później mamy okazję zaobserwować rozwój sytuacji. Nie wiem, czy bardziej fascynuje mnie ten pełen defektów zapis, z którego bije autentyzm, czy proces, który zaserwował czytelnikowi autor.

Historia jest bardzo smutna, wręcz nasączona bólem; finał tej opowieści wycisnął ze mnie wiele łez, a ostatnio rzadko zdarza mi się rozkleić podczas lektury. Wraz z rozwojem sytuacji Charlie zaczyna odkrywać to, co wcześniej pozostawało poza jego zasięgiem, zaczyna też rozumieć. Dochodzi tu do głosu ta myśl, czy nie lepiej byłoby, by wszystko zostało po staremu? Z pewnością konfrontacja z rzeczywistością (wcześniej mężczyzna był nieco poza nią) i wspomnieniami (te pojawią się nagle) będzie wymagająca i mocno nieprzyjemna, a my weźmiemy w tym czynny udział. Dlaczego? Wydaje mi się, że szybko złapiecie wspólny język (tak, wiem, że brzmi to co najmniej dziwie, biorąc pod uwagę "jakość" zapisków) z głównym bohaterem. Z kolei narracja pierwszoosobowa pozwala nam być jeszcze bliżej tego eksperymentu – poznajemy, współodczuwamy, roztrząsamy, przeżywamy. 

Kwiaty... to niesamowita opowieść o niepełnosprawności, pięknych marzeniach, wewnętrznej walce, wolności jednostki; to historia człowieka i społeczeństwa. Keyes obnaża ludzką niegodziwość, pokazuje strach, zwraca uwagę na pojęcie człowieka jako takiego. Historia zdecydowanie zmusza do refleksji, atakując nas kolejnymi obrazami, konfrontując ze światem wewnętrznym bohatera. Droga, którą przejdziemy wraz z Charliem (i Algernonem) to krok, na który niby jesteśmy gotowi, a jednak chyba nie zdajemy sobie sprawy z tego, jakie czekają nas trudności. 

Kwiaty dla Algernona to bolesna, ale cudowna opowieść o miłości, przyjaźni, potrzebie istnienia. Powiem tyle: zdobądźcie, przeczytajcie, przemyślcie i zapamiętajcie. Mnie ta powieść zauroczyła, wzburzyła, a w końcu zakotwiczyła się gdzieś w świadomości – myślę, że na długo.