poniedziałek, 7 czerwca 2021

Nie ma nic straszniejszego od niewinności: "Zabawmy się u Adamsów" M.W. Johnson

 


Każdy wierzy w to, że kiedyś dorośnie, a oczekiwanie na idącą w parze z dorosłością moc sprawczą jest nieodłączną częścią egzystencji. Zwykle jednak jawi się ona gdzieś daleko przed nami, a przychodzi wraz z upływem lat i ze zdobytym doświadczeniem. Do tego czasu jednak musimy toczyć się przez życie, będąc – tak po prostu – tym, kim naprawdę jesteśmy, niczym więcej.

Mendal W. Johnson, Zabawmy się u Adamsów, przeł. B. Czartoryski, il. M. Loranc, Vesper, Czerwonak 2021.



Zastanawialiście się kiedyś, co tak naprawdę robiłyby dzieci, gdyby nie miały nad sobą osoby, która mogłaby je kontrolować? Do czego może posunąć się młody człowiek i jak daleko przesunąć granicę, by uznać, że wypełnił swoją misję, by się naprawdę zabawić (och, w tym miejscu mogłabym przytoczyć wiele historyjek z dzieciństwa)? A może niektórych granic nie warto przekraczać, choć tajemnica, która się za nią znajduje, mocno kusi i mami? Powiem Wam, że nie tak łatwo jest wyjaśnić podobne sprawy, kiedy przecież wciąż zachęcamy młodzież, by sięgała po więcej, zdobywała mocniej i nie ustawała w dążeniu do spełnienia marzeń.  

Zabawmy się u Adamsów autorstwa Mendala W. Johnsona to jedna z tych niewielu książek, które zamówiłam przed premierą i przeszło miesiąc wyczekiwałam z utęsknieniem jej nadejścia, przebierając nóżkami i marząc o chwili, gdy wreszcie będę mogła wgryźć się w tę historię. Choć cierpliwy ze mnie człowiek, cieszę się, że to oczekiwanie mam już za sobą – ileż mnożna? Skąd ta potrzeba zerknięcie do środka? Motyw skojarzył mi się z historią, która wywarła na mnie ogromne wrażenie; mowa o Dziewczynie z sąsiedztwa – J. Ketchum, rok wydania 1989) *recenzja* – która wstrząsnęła moim światem. Kierowana ciekawością chciałam teksty skonfrontować – tym bardziej że Zabawmy się... powstało wcześniej, bo w 1974 roku, a w Polsce zostało wydane dopiero teraz.


Nie ma nic straszniejszego od niewinności

Państwo Adamsowie wyjeżdżają na tydzień, a swoje pociechy pozostawiają pod nadzorem dwudziestoletniej opiekunki, Barbary. Bobby i Cindy to miłe, ułożone i życzliwe dzieciaki, które odebrały dobre wykształcenie, nauczone zostały dobrych manier, no i mają dobre widoki na przyszłość. Co zatem poszło nie tak?

Dzieci postanowiły się zabawić i czasowo unieruchomić opiekunkę. Kobieta zostaje uśpiona, przywiązana do łóżka i pozbawiona własnej woli. Tymczasem do domu Adamsów ściąga ekipa żądna zabawy! Do domowników (trzynastolatka i dziesięciolatki) dołączają: Paul (nieco kontrowersyjny nastolatek, który pojmuje świat w inny niż reszta ludzi sposób), Dianne (zimna, wyniosła, u progu dorosłości) oraz John (rozedrgany, napalony, niepewny); nikt z tej gromady nie przekroczył jeszcze pełnoletności. Początkowo młodzież upaja się samym faktem uwięzienia kobiety, ale z czasem niewinna zabawa wymyka się spod kontroli; dzieciaki wciąż przesuwają granice (sięgają po więcej, mocniej testują wytrzymałość Barbary, próbują nowych rzeczy i metod) i to, co początkowo wydawało się niegroźnym, głupim wybrykiem, przerodzi się w koszmar.


Oczywista droga do wiadomego finału

Być może zniechęci Was fakt, że Zabawmy się u Adamsów to powieść, która właściwie w ogóle nie zaskakuje – od razu wiemy, w którą stronę pójdzie ta zabawa, podejrzewamy też, jaki będzie jej finał. Można zatem uznać, że historia nie trzyma jakoś specjalnie w napięciu, a jednak ono samo jest wyczuwalne, bo wciąż czekamy na kolejny krok, wypatrujemy następnej przesuniętej granicy.

Historia jest bolesna – szczególnie dla Barbary, której odebrano możliwość decydowania o sobie. Można by uznać, że, aby ktoś mógł poczuć się wolny, ktoś inny musi tę wolność utracić. Nie trudno też wywnioskować, że skoro nie ma wizji kary (dzieciaki jakoś niespecjalnie przejmują się konsekwencjami, a właściwie nie podejrzewają, że miałyby ponieść jakąś surową karę – to w końcu tylko zabawa, bezmyślne wygłupy, a w sumie to nawet nie wiedzą, czemu to ma służyć), nic nie stoi na przeszkodzie, by nieco sobie pofolgować i sprawdzić, dokąd to wszystko może prowadzić. 

Czytając tę książkę, wyczujecie pewien opór – choć historia wciąga, to jednak trudno całkowicie przy niej odpłynąć, bo – przyznajmy to szczerze – dłuższe monologi (a właśnie dogłębna penetracja myśli bohaterów) bywają męczące. Zetkniemy się z rozterkami młodych chłopców, którzy – wiadomo – chcieliby zobaczyć czy skosztować i z prawie już kobiecym spojrzeniem na sytuację. O ile te dziecięce wywody są jeszcze interesujące, bo w sumie jesteśmy ciekawi, jakie znajdziemy tu motywacje, jak ta cała sytuacja wpływa na rozwój osobowości dziecka, o tyle wyniosłe, prawie że filozoficzne stęki Barbary bywają nie do zniesienia. Dlaczego? A wyobraźcie sobie siebie w roli głównej: jesteście związani, zakneblowani, prowadzani do ubikacji na sznurze, upokarzani, głodni i odmawia się Wam Waszych praw – o czym wtedy myślicie? Wydaje mi się, że dalecy bylibyście od tłumaczenia dziecięcych występków! To nie czas na gdybanie i mizianie, ale na walkę o siebie. A Barbara? Barbara rozmyśla, wchodzi na wyższe poziomy chaotycznego wtajemniczenia. Cała ta sytuacja sprawiła, że kobieta poznaje siebie z zupełnie innej strony – tym samym my poznajemy zupełnie inną Baśkę i, co przyznaję ze smuteczkiem, chyba się nie polubimy (choć, rzecz jasna, współczujemy jej). Wróćmy jeszcze na moment do tych dziecięcych rozważań. Myślę, że tu autor odrobinę przedobrzył, bo niewiele w tych myślach dziecięcego sznytu – są zbyt dojrzałe, poukładane, klarowne. Takie ujęcie tematu nieco wpłynęło na autentyczność całej historii – po prostu w nią nie uwierzyłam.

Ogromne wrażenie zrobiły na mnie ilustracje, które umieszczono przed każdym rozdziałem tej książki. Petarda! Nie zdradzę Wam szczegółów, ale muszę zaznaczyć, że obrazy elegancko wkomponowane w treść, powodują gęsią skórkę i wyprowadzają z równowagi.  

Zabawmy się u Adamsów to dziwny twór. Z jednej strony jest powieścią mocną, brutalną i wyjątkową, a z drugiej strony zupełnie nie zaskakuje, a niespieszna akcja wprowadza nas w stan otępienia – suniemy przez tę historię, spodziewając się czegoś niesamowitego, a dostajemy dokładnie to, o czym myśleliśmy już na początku. Dziwne uczucie... może nawet nieco niepokojące. Książka jest z pewnością warta uwagi z powodu poruszanej tematyki, ale czy jest wybitna? Nie, w moim odczuciu to dobry kawał literatury, ale coś tu jednak poszło nie tak – czegoś zabrakło i być może właśnie tego wspomnianego napięcia, które niby to jest, a niby go tam wcale nie było. Nie odradzam lektury, ale też usilnie nie namawiam – ot, dziwny ten twór, wyjątkowy taki.