piątek, 25 czerwca 2021

Wojciech Kulawski "Meksykańska hekatomba" pod patronatem Matki Puchatki

 


Musimy zjednoczyć siły, aby pojąć wszechświat. Odpowiedzi na pytania nurtujące nas od tysiącleci istnieją, tylko my jesteśmy jeszcze zbyt mali, aby zrozumieć. I to stanowi cel, do którego powinniśmy dążyć.


Wojciech Kulawski, Meksykańska hekatomba, t. 2, Wydawnictwo CM, Warszawa 2021.


Długo zastanawiałam się, w jaki sposób wprowadzić Was w klimat książki, o której chciałabym dziś opowiedzieć. Doszłam do wniosku, że chyba najprościej i najrozsądniej będzie, kiedy zapytam, co tak naprawdę nuży Was w powieściach? Czy będą to wciąż powielane treści i nieustannie odgrzewane kotlety? Czy nurtuje Was ślamazarna akcja albo w ogóle jej brak? Czy denerwuje nieumiejętne kluczenie wokół nic nieznaczących treści i lanie wody, doprawione zbędnymi zapychaczami? Jeśli na którekolwiek z pytań odpowiedzieliście twierdząco, to jestem zmuszona – nie ma innej rady – odnieść się do historii, która dziś ma swoją premierę. Otóż, w tej powieści żadnego z powyższych nie znajdziecie.

Z ogromną przyjemnością biorę dziś na tapet Meksykańską hekatombę autorstwa Wojciecha Kulawskiego, która ukazała się pod patronatem Matki Puchatki. Powiem Wam, że to dla mnie ogromne wyróżnienie, bowiem twórczość pisarza, jak wspominałam przy okazji pewnego podsumowania, była moim czytelniczym odkryciem 2020! Na wstępnie zaznaczę, że to kolejna odsłona przygód jednego z bohaterów, którego mieliśmy okazję poznać przy okazji lektury Syryjskiej legendy *recenzja*, jednak Meksykańską... możecie czytać bez obaw – bez znajomości poprzedniego tomu. Ta historia żyje własnym życiem!

Autorowi pięknie dziękuję za zaufanie i wyróżnienie.

 

Nieprawdopodobny rollercoaster

Wyobraźcie sobie taką sytuację: jedziecie na wymarzone wakacje. Meksyk i jego wszelkie dobrodziejstwa stoją przed Wami otworem, drinki z palemkami kuszą orzeźwieniem, słoneczko odpowiednio przypieka spragnioną ciepła skórę, basen nieustannie zachęca do wymoczenia zmęczonych kości. Brzmi jak bajka? Owszem, ale czasem wystarczy tylko chwila, by raj na Ziemi zmienił się w piekło.

Kiedy Tim Mayer wybiera się na wymarzony urlop, absolutnie nie podejrzewa, że nieopodal luksusowego hotelu, w którym się zatrzymał, uderzy dziesięciometrowy meteoryt. Trudno przewidzieć podobną katastrofę; w promieniu kilku kilometrów od miejsca zderzenia życie niemal zamarło: pomijając już wszelkie zniszczenia wywołane przez ten "niepozorny kamyczek", urządzenia elektryczne uległy usterkom, wielu ludzi straciło życie, a wszyscy ocaleni objęci zostali bezwzględną kwarantanną. Ludziom niczego się nie tłumaczy, a obecność uzbrojonych żołnierzy podsyca i tak już bardzo nerwową atmosferę.


Cały ten horror miał się skończyć, a tymczasem wszystko wskazywało na to, że właśnie zaczął się jego najmroczniejszy rozdział.


Myślicie, że to koniec? Nic bardziej mylnego! Nieopodal hotelu znajduje się tajna baza wojskowa, której działalność jest ściśle powiązana z elektrycznością – bez niej nie sposób prowadzić zaawansowanych eksperymentów na dzieciach. Gdy meteoryt pozbawia pokaźny obszar dostępu do prądu, pojawia się szansa dla młodego Jana Matjasa, który z pomocą i pod eskortą swojego opiekuna wymyka się na wolność. Chłopiec odegra bardzo ważną rolę w tej opowieści, jednak absolutnie nie mogę Wam zdradzić, jakie działania podejmie – zaskoczenie gwarantowane.  

Wróćmy na chwilkę do naszego kamyczka! Czy wiecie, że wiele wielu ludziom (agenci CIA, gangi narkotykowe), z niewiadomych powodów, bardzo zależy na jego pozyskaniu? To jednak nie jest jedyna tajemnica meteorytu, ponieważ musicie wiedzieć, że dokładnie dwadzieścia pięć lat wcześniej w to samo miejsce uderzył identyczny... Brzmi podejrzanie? Jasne, że tak!


KAMERA – AKCJA!

Kiedy myślę o Meksykańskiej hekatombie, pierwsze, co słyszę (tak, słyszę!), to: KAMERA – AKCJA! Meksykańska... to jedna z tych powieści, które z ogromną przyjemnością ujrzałabym na szklanym ekranie, ponieważ historia jest dynamiczna, naszpikowana akcją, świetnie skonstruowana, a w dodatku totalnie zaskakująca i wciągająca – zero nudy. Nie brakuje tu gorących romansów, niespodziewanych zawiłości wątków, które elegancko splatają się w zgrabną całość. Nie brakuje również ciekawych i nieoczywistych postaci – myślę, że taki wachlarz różnorakich charakterów zadowoli nawet tych wybrednych czytelników.

Meksykańska hekatomba (piękny tytuł, nieprawdaż?) to powieść sensacyjna z potężnym zapleczem katastroficznym i subtelną domieszką fantastyki – nienachalną, idealnie wpasowaną w fabułę. Historia zaskakuje śmiałością i nietuzinkowością, jest złożona, lecz spójna – każdy krok stawiany przez bohaterów został przemyślany (przez autora, bo oni sami często działają w sposób impulsywny, a jeszcze chętniej niekonwencjonalny – zrozumiecie, co miałam na myśli, gdy dojdziecie do fragmentu dotyczącego tipsów czy starej lokomotywy) – mamy tu przyczynę i skutek, dostajemy materiał, który możemy obracać w myślach, by w finale skonfrontować się z naszymi podejrzeniami.

Nie bez znaczenia pozostają konflikty polityczne, działania agencji rządowych, ale też rozgrywki toczone między gangami handlarzy narkotyków. Tam, gdzie pojawia się bezwzględna mafia, codzienność nie może obejść się bez problemów, na przykład w postaci niewygodnych zwłok. Będziemy mieć również do czynienia z fascynującymi kobietami: Frida z pewnością nie pozostawi Was obojętnymi, Laura będzie musiała pokonać swoje lęki, by wesprzeć ukochanego (zapewniam, że nie lada wyzwanie przed nią), a Waleria zaskoczy skutecznością i umiejętnością radzenia sobie w kryzysowych sytuacjach. 

Styl autora jest lekki i przystępny – książka czyta się praktycznie sama i w sumie trudno określić, kiedy kolejne strony przeciekają nam między palcami. Meksykańska... to powieść, od której trudno się oderwać, ponieważ kryje zbyt wiele nurtujących pytań, na które chcemy jak najszybciej uzyskać odpowiedzi, by odkładać przyjemność rozwiązania zagadki na później – nie, nie ma mowy o żadnym potem, jest tu, teraz, natychmiast! To jednak nie wszystko, bowiem wchodząc w życie Tima, którego losy splatają się z innymi bohaterami powieści, czujemy się częścią większej układanki, elementem niezbędnym w tym zagmatwanym świecie – co to oznacza? Wojciech Kulawski posiada jakiś niezrozumiały dla mnie dar wciągania czytelnika w świat przedstawiony – nie wiem, czy to zasługa nadania wyjątkowego znaczenia meksykańskim miejscom, czy jednak zbudowanie wokół niepozornych zdarzeń i obiektów niezwykłej opowieści. Nie wiem, czy działa tu magia słowa, czy to wynik pobudzonej i rozkręconej (rozgrzanej) wyobraźni. Nie mam pojęcia, w czym tkwi sekret, ale Meksykańska hekatomba totalnie oczarowała mnie klimatem (już pomijam napięcie, emocje, nerwy, kibicowanie bohaterom)... 

Mam nadzieję, że nie macie już żadnych wątpliwości, czy sięgnąć po tę książkę. Powiem więcej: nawet jeśli nieczęsto czytacie sensację, tej powinniście dać szansę, by przekonać się, że pewne działania można podać w zupełnie nowatorski sposób, a walka o przetrwanie nie musi ograniczać się do ucieczki i strzelaniny – można inaczej. Meksykańska hekatomba to moja propozycja na lato – myślę, że upały pomogą Wam wczuć się w klimat. Polecam gorąco!



Jeśli natomiast macie ochotę poznać bliżej osobę Wojciecha Kulawskiego, zapraszam Was na te strony: