wtorek, 8 lutego 2022

Niektórzy nie chcą, a muszą: M. Moss "Utraceni"

 


Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. 
Był człowiek, nie ma człowieka.


Marcel Moss, Utraceni, t.1, Filia, Poznań 2021.


Nie wiemy, jak pewne zdarzenia ukształtują nasze życie, ba! – my nawet nie bierzemy wielu możliwych scenariuszy pod uwagę, bo i po co zaśmiecać sobie głowę... Poza tym kierujemy się chyba jakimś instynktem przetrwania, bo gdyby człowiek roztrząsał wszystkie możliwe tragedie, które mogą go dotknąć – oszalałby. Może jest w nas jakiś niezachwiany optymizm, który pozwala jako tako żyć spokojnie? Czy jednak będziemy w stanie, gdy wydarzy się "najgorsze", wziąć się w garść i przekuć zło w coś dobrego? Ile determinacji trzeba, by mimo upływu czasu, braku wskazówek czy niepokojących myśli, wciąż mieć nadzieję, że jednak wszystko skończy się dobrze? Myślicie, że potrafilibyście działać, mimo braku jakichkolwiek rezultatów? Tak naprawdę nie wiemy, na ile stać, dopóki nie będziemy postawieni pod murem... Obyśmy nigdy do niego nie dotarli...

Nie wiem, jak to działa, ale zawsze po lekturze książek Marcela Mossa zbiera mi się na rozważania; zdecydowanie historie serwowane czytelnikom przez tego pisarza zmuszają do refleksji i konfrontacji z własnymi przekonaniami. 

Mossa kojarzę przede wszystkim ze znakomitych thrillerów – autor zdecydowanie z tematyką trafia tu w mój gust. Jakiś czas temu postanowiłam jednak sięgnąć po nieco inną odsłonę twórczości pisarza, stąd Utraceni, czyli pierwszy tom cyklu Echo. Twór na pograniczu thrillera i kryminału, ale dziwny, do tego okraszony konkretnym brutalizmem. I powiem Wam, że kompletnie zapomniałam o recenzji tej książki, ale że chciałam opowiedzieć o drugiej części, to należało zacząć od początku. Gotowi? Ja chyba w końcu dojrzałam do tego, by podzielić się moimi wrażeniami.


Niektórzy nie chcą, a muszą

Nasi bohaterowie zostali postawieni pod murem, ponieważ ich bliscy zaginęli wiele lat temu; znikąd wiadomości, potwierdzenia, najmniejszych poszlak – pozostały tylko pustka w sercu i niekończące się poczucie winy, domysły oraz paląca potrzeba odkrycia prawdy. To żałoba w stanie zawieszenia, bo przecież brakuje podstawy do pożegnania i przetrawienia bólu, kiedy nie ma się pewności, czy zaginiony na pewno nie żyje, kiedy ciała brak. W takiej sytuacji pozostaje tylko działanie, stąd pomysł na Agencję Poszukiwań Osób Zaginionych, która może okazać się narzędziem pomocnym w odnalezieniu brata Igiego oraz siostry Sandry.


Każdy człowiek ma własną prawdę.
Najważniejsze, by w nią wierzyć.


Akcja rusza z kopyta. Do agencji zgłasza się znany z kontrowersyjnych działań polityk, ojciec Ziemowita, który chce ustalić miejsce pobytu swojego zaginionego syna. Oczywiście sprawa nie jest łatwa, a każdy kolejny krok prowadzi bohaterów w coraz większe bagno: narkotyki, seks, alkohol, przemoc. Nawet nie podejrzewają, co ich czeka, a podjęcie się tej sprawy, to jak wejście do paszczy lwa, który przeżuwa bez pardonu. Co najważniejsze, to zlecenie otworzy wiele furtek, czy jednak warto brnąć dalej? Może ci, którzy zaginęli, wcale nie chcą zostać odnalezieni?


Ambiwalentnie

Utraceni to jedna z tych historii, do których nie pałam wielką miłością, ale które – mimo wszystko – zapadają w pamięć z powodu sposobu prezentacji treści i wplatania wątków, delikatnie mówiąc, niewygodnych. Szalenie kręci mnie motyw przekraczania swoich granic – fizycznych i psychicznych – oraz testowania własnych możliwości. Z podobnym motywem spotkałam się już w jednej z książek Ewy Przygrygi i przyznaję, że nieco obawiałam się powielania schematu, ale na szczęście Moss wyszedł z tego koncertowo, wykorzystując znane w nowy sposób. Wiem, że brzmi to nieco enigmatycznie, ale nie chciałabym zdradzić Wam wszystkich tajemnic – czasem lepiej jest samemu wejść w historię i przetrawić pewne zdarzenia we własnym środeczku.



Mimo wszystko nie do końca odnalazłam się w tej historii, nie od razu. Początkowo nieco mnie nudziła – byłam lekko rozczarowana, bo wcześniej (i później; przede mną jeszcze trzy książki Mossa do zrecenzowania) to się nie zdarzało. Na szczęście im głębiej wchodziłam w tę opowieść, tym było lepiej, bardziej intrygująco. Na pewno potężne wrażenie robią opisy tortur – bestialstwo na wysokim poziomie mocno ryje banię, co jednak wcale mi nie przeszkadza; może to dziwnie i niepokojąco zabrzmi, ale lubię to... Autor delikatnie mówiąc, zaszalał. Nie wiem, czy wszystko jestem w stanie sobie wyjaśnić, przełożyć, bo część praktyk wydała mi się trochę nad wyraz, ale niech będzie – ból, krew i łzy zostały sprawnie wkomponowane w treść i idealnie wpasowały się w ogólny zamysł. Nie drążę.

Bohaterowie są bardzo specyficzni, poczynając od imion (np. Ziemowit czy Ignacy), na cechach charakteru kończywszy. Każdy ma jakiś bagaż doświadczeń, który determinuje ich działania – mamy tu do czynienia z konszachtami, niespodziewanymi zachowaniami i ogólną, codzienną walką o normalność w dość nienormalnych okolicznościach. Myślę, że postacie przyciągną Waszą uwagę, bo w sumie każda ma coś w zanadrzu – nie ma mowy o powielaniu emocji, jest zaskoczenie. Nie spodziewajcie się jednak  dogłębnej analizy psychiki bohaterów – tu raczej ważniejsze jest działanie niż roztrząsanie motywacji. Dodam tylko, że nie wiem, czy bardziej na nerwy działa mi Sandra, czy jednak Igi, a moje serducho biło zdecydowanie mocniej, gdy mogłam przyjrzeć się działaniom Ziemowita.

Książkę czyta się bardzo szybko, na co niewątpliwie ma wpływ styl autora. Nie ma tu mowy o zadufaniu czy przekombinowaniu, nie znajdziecie w tej historii ugładzonych, wymuskanych półsłówek, ale konkret właśnie i to w takim potocznym, wręcz kolokwialno-wulgarnym wydaniu. Wszystko ma jednak swoje uzasadnienie, bo i wejdziemy w takie towarzystwo, po którym nie powinniśmy spodziewać się języka poetyckiego. Tu wszystko gra, jest adekwatnie, w punkt.

Zakończenie jest, cóż... pozostawia ogromny niedosyt! Długo jeszcze mieliłam w myślach te wszystkie niedokończone wątki i nijak nie mogłam przewidzieć, dokąd to wszystko prowadzi. Autor niewątpliwie wie, jak podsycać ciekawość i prowadzić do rozstrojenia nerwowego, bo jak można zostawić czytelnika w takim stanie? To się nie godzi! W każdym razie apetyt rośnie w miarę czytania.

Utraceni to powieść, która niewątpliwie trzyma w napięciu i zmusza czytelnika do główkowania. Zdecydowanie nie polecam tym, którzy nie lubią krwistych scen i mocno przeżywają ludzką krzywdę, a do tego bulwersuje ich wulgarność... To nie jest książka dla wszystkich, nie do czytania przy słodkiej herbatce, daleka od romantycznych wyobrażeń. Mamy tu zagadkę (a właściwie kilka), dostajemy interesujące zwroty akcji, wchodzimy w świat, który przeraża brutalnością, i próbujemy odnaleźć w tym szaleństwie znamiona normalności – czy uda się dokopać do odrobiny dobra? Próbujcie.